Film

Nie tolerowanie glutenu

W przeciągu ostatnich lat powstały setki cudownych diet, które miały wyleczyć ludzkość z wszelkich chorób, problemów z nadwagą oraz przynieść pokój na ziemi. Natomiast nie jestem pewny czy poza wątkami GMO jakikolwiek inny temat z serii „gastro” miałby tak spolaryzowane opinie jak gluten.

Z jednej strony mamy prywatne blogi gdzie ludzie mówią o głupim trendzie a nawet glutenofobii; z drugiej strony mamy blogi o tym jak to dieta bezglutenowa jest lekarstwem na raka i stwardnienie rozsiane.

Z jednej strony ludzie piszą, że koncerny spożywcze boją się „upadku glutenu” i bankructwa; z drugiej strony mamy koncerny spożywcze, które zbijają fortunę na sprzedaży produktów bezglutenowych i wprowadzają na rynek nowe, typu komosa ryżowa (quinoa), żeby zarabiać jeszcze więcej.

Z jednej strony mamy ludzi, którzy przechodzą na dietę bezglutenową tylko dlatego, bo zobaczyli posta na Facebooku lub przeczytali książkę jakiegoś specjalisty (który wciąż nie opublikował swoich badań, bądź nie doczekał się ich replikacji) i twierdzą, że czują się lepiej, zdrowiej, mają +10 do inteligencji, +15 do mocy, nie muszą spać itp. Z drugiej strony mamy celiakię.

Z jednej strony nie ma silnych dowodów na to, że poza celiakią i alergią na zboże istnieje jakiekolwiek sens odstawiania glutenu; z drugiej strony niemal każdy kogo czasami zaboli brzuch przechodzi na dietę bezglutenową.

Z jednej strony mamy jadowite komentarze i robienie z bezglutenowców bezmózgowców; z drugiej strony mamy wysyp reklam produktów bezglutenowych (za chwilę KFC będzie miało także reklamę, jak to ich kurczaki nie zawierają glutenu), który wygląda dokładnie tak jakby to była moda i trendy styl życia.

Z jednej strony mamy glutenowy Dżihad, który sugeruje, że bez glutenu rzekomo zacznie nam brakować jakichś wartości odżywczych, z drugiej strony mamy głupie pytania typu:

„No a niby jakie to wartości odżywcze ma nam dawać pszenica, hę?”. *

* odpowiedź: Poza garstką witamin B i E to nie za wiele. Sęk w tym, że nie odżywiamy się tylko po to żeby dostarczyć organizmowi witaminy – jemy także po to, aby dostarczyć energię; a kalorie to jest coś czego pszenicy nie brakuje i jest powodem tego, że 10 000 lat temu uprawa zbóż pozwoliła na tak dynamiczny rozwój cywilizacji.

Z jednej strony są tacy ludzie, którym przeszkadzają nawet zwykłe etykiety na produktach bezglutenowych; z drugiej strony mamy ludzi, którzy czują się dyskryminowani, bo w piekarni nie ma bezglutenowych bułek.

Z jednej strony okazuje się, że każdy jest dietetykiem i edukuje jak to witaminy z grupy B potrzebne są do prawidłowego funkcjonowania mózgu (zapominając o tym, że to głównie chodzi o B6 i B12, którego w pszenicy nie ma); z drugiej strony okazuję się, że każdy jest dietetykiem i rozmawia o glutenie jakby to był temat jego pracy doktoranckiej, i edukuje jak to można przerzucić się na kukurydzę, bo ona nie ma glutenu (zapominając o tym, że kukurydza także zawiera formę glutenu – zeinę, która jednak nie powoduje reakcji u ludzi chorych na celiakię).

Z jednej strony mamy irracjonalnie agresywne prześmiewanie diety bezglutenowej; z drugiej strony mamy idiotyczną argumentację broniącą taką dietę.

Z jednej strony mamy wierzących, że jedzenie to tylko jedzenie; z drugiej strony mamy wierzących że produkty są albo trujące, albo są lekami na raka, depresję i ich niepowodzenie w związku.

Z jednej strony mamy SCIENCE & MEDICINE; z drugiej strony mamy EVERYBODY IS A DOCTOR.

Nie da się ukryć, że w XXI wieku panuje moda na rozwiązywanie wszelkich problemów zdrowotnych za pomocą prostych rozwiązań kulinarnych. Kiedy na horyzoncie pojawiają się badania sugerujące powiązanie glutenu z chorobami autoimmunologicznymi, dzień później na Facebooku dziennikarze, blogerzy i ignoranci prześcigają się w chwytliwych nagłówkach w stylu:

„Pszenica cichym mordercą?”

„Kork od białego pieczywa to krok od SM!”

„Tajemnica autyzmu – jak koncerny pszeniczne chcą nami zawładnąć!”

„Rak? A co to? Sekrety diety bezglutenowej”

„Heroina a mąka – czy właśnie odkryto prawdziwą białą śmierć?”

„Amerykańscy naukowcy dowodzą, że alergie to mit, jeżeli nie spożywasz glutenu”

„Spisek naukowców i koncernów spożywczo-farmaceutycznych. Kto chce żebyś został chory?”

„Zdrowa długowieczność? 10 rzeczy, o których lekarze nie chcą żebyś się dowiedział!”

„Toksyny na śniadanie? Dowiedz się jak rząd Ciebie truje!”

W zależności od tego na jak dużej grupie i jaką metodą zostały przeprowadzone badania, wynika że liczba ludzi chorych na celiakię jest zbliżona do tych cierpiących na alergię na orzeszki ziemne. Nie widziałem jednak, żeby powstawały książki, które sugerują zdrowym ludziom zaniechania jedzenia orzechów, by uchronić się przed stresem, nowotworami i otyłością; nie widziałem także ludzi, którzy rezygnują dobrowolnie z orzechów tylko dlatego, bo słyszeli o istnieniu takiej alergii, która naprawdę zabija ludzi. To jest dlaczego odstawienie glutenu z powodu czyjegoś widzimisię będzie nazywane modą; tak samo jak noszenie różowych spodni, tylko dlatego bo na Facebooku ludzie umieszczają dużo takich fotek.

Z drugiej strony…

Szkalowanie diety bezglutenowej jest tak samo niedojrzałe, nieodpowiedzialne i głupie jak autodiagnoza celiakii.

A tutaj o glutenie rozsądnie i naukowo.

Reklamy

E

Obecnie mamy do czynienia z pewnego rodzaju paranoją żywieniową. Poza setkami diet, które nie mają żadnego poparcia w nauce; setkami suplementów, których spożywania mainstreamowa medycyna odradza; setkami mitów na temat GMO; mamy jeszcze media doszukujące się Wielkiego Brata wszędzie gdzie się tylko da. Teraz znalazły go w postaci producentów żywności.

Cały szum rozchodzi się o mobilną aplikację E-FOOD, która za pomocą telefonu komórkowego pozwala sczytać z kodów kreskowych produktów żywnościowych zawarte w nim substancje. Póki co to żadna rewelacja, bo wszystkie chemiczne dodatki do żywności są wypisane na etykiecie. Sęk w tym, że nie każdy wie co to są te wszystkie „E”. A skoro nie wiem co to jest „E” to na pewno ktoś leci w „Ch”.

Czym tak naprawdę są owe „SZKODLIWE E”? Są to chemiczne dodatki do żywności. I już mamy problem, bo przeciętna Zosia, kiedy czyta „chemiczne” myśli „płyn do mycia naczyń i trutka na szczury”. To powszechny problem w rozmowach na temat medycyny, żywności i stylu życia; większość ludzi (a media w tym przodują) stosują właściwe pojęcia, ale przypisują im niewłaściwe definicje. I tak oto mamy:

Naturalne = Zdrowe
Nie prawda. Jad węża, wirus grypy, arszenik; to wszystko są naturalne substancje i nie za bardzo kojarzą się ze zdrowiem.

Chemiczne = Syntetyczne
Nie prawda. Cały świat to chemia. Wszystkie żywe organizmy są zbudowane z substancji chemicznych, wszystkie związki organiczne to związki chemiczne, w których skład wchodzi węgiel [poza kilkoma wyjątkami]. Banan, proszek do prania, ludzkie oko, komputer – to wszystko jest zbudowane z substancji chemicznych.

Syntetyczne (Sztuczne) = Toksyczne
Nie prawda. To jest dokładnie odwrotny przykład naturalne = zdrowe. Wiele leków ratujących życie jest tworzonych syntetycznie, ponieważ naturalna natura albo ich nie posiada w swoim inwentarzu, albo naturalna produkcja nie zaspokoiłaby potrzeb ludzkości. Nie mówiąc już o takich produktach jak insulina, gdzie do naturalnej bakterii E. coli wszczepia się naturalny gen ludzkiej insuliny. Takie hodowle Genetycznie Zmodyfikowanych Organizmów wytwarzają insulinę, którą następnie w laboratoriach oczyszcza się i robi się z niej leki. Teraz kto mi powie jakim produktem jest insulina? 🙂

Okay. Zatem mamy burdel w rozumieniu podstawowych pojęć. Do tego dochodzi nam mem SZKODLIWEGO E! Wszystkie obecnie używane chemiczne dodatki do żywności były przetestowane i są dopuszczone do stosowania w produkcji pokarmu. „E” dzielą się na 3 grupy pod względem metody produkcji: naturalne, syntetyczne oraz identyczne z naturalnymi. Naturalnych nie trzeba tłumaczyć; sztucznych już chyba też nie; a czym są identyczne z naturalnymi? Otóż mieszając różne  substancje (sztuczne bądź naturalne) możemy otrzymywać smak, zapach, aromat lub kolor identyczny do innej naturalnej substancji. Ot co.

Czas na hity. Bardzo mało ludzi zdaje sobie sprawę co to jest „E”. W dużym, uproszczonym skrócie są to nazwy spożywcze substancji chemicznych występujących w przyrodzie. Etykieta musi mieć miejsce na logo i inne głupoty w stylu „Wyrówna ci energię!” albo „Wspomaga równowagę!”. Dlatego Europa wpadła na genialny pomysł (tak, to „E” jest od „Europa”) – zamiast pełnych nazw chemicznych, które odstraszają klientów, bo nie wiedzą co to jest kwas askorbinowy, oraz żeby zaoszczędzić miejsce – stwórzmy indeks nazw, który każdy może sobie sprawdzić w pieprzonej Wikipedii i nie potrzebuje do tego rzekomo demistyfikujących aplikacji!

Skoro już pojawił się kwas askorbinowy, którego symbol spożywczy to E 300 to o nim popiszmy. Zarówno E jak i kwas brzmi groźnie. A co jeśli wam powiem, że E to nazwa spożywcza, a kwas to nazwa chemiczna tak powszechnej, zwyczajnej i mało kontrowersyjnej witaminy C?

Jest jeszcze lepiej. Nie dawno usłyszałem, że „Może te niskiej „E” nie są takie szkodliwe, ale im większy numerek tym bardziej toksyczne.” Uwaga! Przed państwem E 948! Czysta chemia, przyczyna zawrotów głowy i nie tylko! Przed Państwem… tlen.

To w czym ta pseudo-pro-świadomość-konsumenta aplikacja najbardziej szkodzi, to swoim tanim chwytem, rodem z Ruchu Antyszczepionkowego. Opis samej substancji nie mówi nic o szkodliwości danego produktu. Tak, w szczepionkach jest silnie toksyczny aldehyd mrówkowy (to co wymieszane z wodą daje nam formalinę). Tak, znajduję się także w żywności pod nazwą E 240. Ale ani aplikacja, ani antyszczepionkowcy nie tłumaczą, że w zwykłej, naturalnej, eko-organicznej i z wolnego chowu gruszce też występuje aldehyd mrówkowy, 600-krotnie więcej niż w szczepionce! Aplikacja także nie będzie zawierać opisu co się dzieje z taką substancją po spożyciu, nie napisze, że aldehyd mrówkowy nie akumuluje się w organizmie. Nie. E-FOOD ratuje ludzkość przed złymi koncernami spożywczymi i zamieszcza informację „E 240. Aldehyd mrówkowy. Silna trucizna.”

Skończyłem.

James Kennedy na swoim blogu zrobił to lepiej. Zapraszam na jego stronę.

Film

Poezja nauki

Sceptycy bardzo często odbierani są jako przyziemni nudziarze, bez wyobraźni, polotu i umiejętności cieszenia się z życia. Nie trudno się dziwić, że w czasach kiedy ignorancja jest widziana jako otwartość umysłu, a naiwność jako przejaw wrażliwości, sceptycyzm odbierany jest jako ten nie-sexy. Przytoczę zatem kilka faktów naukowych, które nie śniły się waszym guru i papieżom.

Jesteśmy gwiezdnym pyłem

Najbardziej poetycką częścią tego zdania jest to, że nie zawiera ani jednej metafory. Jesteśmy dosłownie gwiezdnym pyłem. Wszystko co nas otacza; Ty, ja, góry, lasy, oceany, powietrze którym oddychamy, oczy którymi to czytasz, Twoi najbliżsi, Twoje ulubione wino… wszystko…

W chwilę po Wielkim Wybuchu (około 1 miliarda lat) zaczęły powstawać pierwsze gwiazdy. Część z nich świeci do tej pory, a część z nich wypaliła się dawno, dawno temu. Każdy wie, że do Słońca nie dorzuca się węgla czy drewna aby świeciło, ale nie każdy wie jak to się dzieje, że gwiazdy tak długo świecą. Gwiazdy swoją długowieczność zawdzięczają tak zwanej fuzji jądrowej, która brzmi bardzo nudno, ale jest małą poezją samą w sobie. Otóż fuzja to taka reakcja, w której dwa atomy wodoru zderzają się ze sobą, tworząc atom helu. W reakcji tej wyzwala się ogromna energia, którą my na Ziemi obserwujemy jako płonącą kulę białego ognia. Im gwiazda starsza, tym zaczyna łączyć coraz to cięższe i większe atomy, tworząc tym samym kolejne pierwiastki takie jak węgiel, tlen czy żelazo.

Gwiazdy różnie się starzeją. Jedne usychają, drugie się przepoczwarzają, a są nawet takie, które niczym Feniks, potrafią odrodzić się z popiołów. Są też gwiazdy, które na koniec swojej wędrówki eksplodują wyrzucając w przestrzeń kosmiczną wszystkie pierwiastki jakie przez okres swojego życia urodziły. Po takich gwiazdach pozostaje tylko pył, który następnie w grawitacyjnym tańcu zbliża cząstki do siebie tworząc różne ciała niebieskie, na przykład planety na których z tego samego pyłu powstaje życie, które ewoluuje przez miliardy lat aż po dziś dzień. Zatem to nie jest żadna metafora jeśli napiszę, że naszymi rodzicami są gwiazdy, które musiały umrzeć, żeby mogło powstać życie.

Wszechświat jest w nas

To brzmi bardzo New Age’owo, ale to także jest fakt naukowy. Poniekąd z tego samego powodu co fakt, że jesteśmy gwiezdnym pyłem. Całe Twoje ciało jest zbudowane z pozostałości po gwiazdach, te gwiazdy były rozmieszczone w całej ówczesnej przestrzeni kosmicznej. Atomy w Twojej lewej komorze serca są z kompletnie innej części wszechświata co atomy w Twojej prawej komorze serca – masz cały Wszechświat w swoim sercu, masz cały Wszechświat w dłoni, masz cały Wszechświat w sobie…

Jesteśmy Wszechświatem

Ten jeden astrofizyczny fakt, który odpowiada na pytanie skąd się biorą cegiełki świata prowadzi do jeszcze jednego, iście metafizycznego, wniosku. Jesteśmy Wszechświatem.

Atomy z całego Wszechświata budują nasze mózgi. Nie znaczy to jednak, że jesteśmy kosmosem, tylko dlatego bo mamy cały kosmos w głowie. Jednak fakt, że miliardy bezmyślnych atomów tworzących miliardy bezmyślnych cząsteczek, tworzących miliardy bezmyślnych komórek nerwowych połączonych miliardami bezmyślnych synaps, daje narodziny świadomości – to jest prawdziwe science-fiction. Nasze mózgi to samo-pojmujący się Wszechświat. Wszechświat, który patrzy na siebie i zastanawia, jak to się stało że jest; który zadaje pytania jak, dlaczego i po co powstał…

Wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami

Ewolucja jest faktem. I może nie czyni to nas wszystkich rodzeństwem, ale zdecydowanie czyni nas bliższym lub dalszym kuzynostwem. Tyle, że cała magia zaczyna się nie wtedy kiedy rozumiesz, że ja i Ty jesteśmy kuzynami; tylko ja, Ty i wszystkie zwierzęta na Ziemi – to nasze kuzynostwo, co więcej jeżeli cofniemy się odpowiednio daleko w czasie to okazuje się, że jesteśmy spokrewnieni nawet z roślinami. Spacer po łące staje się spotkaniem z Twoją dalszą rodziną… Pomyśl o tym.

Cud and cudami

A teraz wyobraź sobie, że aby przeczytać to zdanie, Ty i Twoje oko potrzebowaliście ponad 3 miliardy lat ewolucji; w Twoim ciele właśnie zachodzą tysiące reakcji chemicznych, które utrzymują Cię przy życiu; prawa fizyki pozwoliły na istnienie pierwiastków, planet i życia; zaawansowana technologia pozwala Ci przeczytać ten tekst niemal z każdego miejsca na Ziemi; a jeśli osłabnie Ci wzrok, medycyna pozwoli Ci widzieć niemal tak samo dobrze jak wcześniej.

Wyobraź sobie, że to wszystko jest wynikiem naturalnych praw rządzących Wszechświatem, i że do powstania tego wszystkiego nie potrzeba było ani jednego cudu… Prawdziwa symfonia rzeczywistości… To jest prawdziwy cud…

Zatem nie jestem pewien czy jakiekolwiek New Age’owe guru, filozofia Wschodu czy nasze stare dobre mity z basenu Morza Śródziemnego są w stanie zaskoczyć sceptyka czymś bardziej poetyckim, eleganckim i humanistycznym za razem.

Anty-szczepionkowi pseudo-aktywiści

200 lat temu Medycyna zaczęła odrzucać wszystkie zabobony, mistyczną wiedzę antyczną oraz anegdoty dziadów i pradziadów.

Wtedy człowiek zaczął uczyć się wszystkiego od zera.

Dzięki tej wiedzy połowa z nas może to przeczytać, bo nie umarła przy porodzie.

Dzięki tej wiedzy co trzecia osoba dożyła Twojego wieku, ponieważ nie zabiła ich odra, ospa, świnka, szkarlatyna, różyczka czy polio.

Ci sami ludzie, którzy mieli 15% szans dożyć do założenia własnego konta na Facebooku mają czelność swoją domorosłą filozofią podważać skuteczność szczepionek i epatować swoją ignorancją, szerząc groźne mity dla swoich dzieci.

W szczepionkach jest rtęć.

Nie. W szczepionkach nie ma ani grama srebrzystego metalu, który można znaleźć w termometrze. W żadnej szczepionce nigdy nie było rtęci tak jak każdy ją sobie wyobraża. Natomiast prawdą jest, że w szczepionkach dla dorosłych znajduje się tiomersal, substancja chemiczna, która zbudowana jest z 9 atomów węgla, 9 atomów wodoru, 1 atomu rtęci, 1 atomu sodu, 2 atomów tlenu oraz 1 atomu siarki [C9H9HgNaO2S]. Ta substancja nie ma nic wspólnego z silnie toksyczną rtęcią. To jest kompletnie inna substancja chemiczna, z innymi właściwościami i inną drogą metaboliczną w ludzkim organizmie. Aby obnażyć błąd logiczny anty-szczepionkowców wystarczy nam prosta analogia do wody. Woda składa się z 2 atomów wodoru i 1 atomu tlenu [H20]. Wodór [H2] to silnie wybuchowy gaz, tlen natomiast [O2] to gaz łatwopalny. Nie dość, że woda nie jest gazem, tylko cieczą; to jeszcze nie widziałem, żeby ktoś po wypiciu szklanki wody stał się chodzącą bombą czy koktajlem Mołotowa.

Big Pharma nas szczepi tylko po to, żeby zarobić pieniądze.

Nie da się ukryć, że kiedy się produkuje, a następnie sprzedaje szczepionki, to się na nich zarabia. Natomiast jeżeli założyć na chwilę, że rzeczywiście istnieje jakiś Wielki Brat Farmacji, to mi pozostaje tylko nazwać go totalnym idiotą; ponieważ kto myślący sprzedawałby tanie prewencyjne szczepionki, zamiast drogich leków podczas nieustających epidemii?

Obowiązkowe szczepienia to zamach na wolność osobistą.

A) Tak samo jak obecność strażaków, gdy płonie Ci mieszkanie. Nie gaszą ognia, żeby Tobie nie spłonęła kanapa, tylko po to żeby nie spłonął cały budynek.

B) Przy zakupie prezerwatyw też masz odebraną wolność osobistą. Nie masz wyboru między kondomami lateksowymi a papierowymi. Iście jesteśmy więzieni przez system.

Matka czuje!

Matki przeważnie bardzo dużo czują kiedy zaczerpną wiedzę z forum ja_mamusia.pl od Kasieńka75. Natomiast nic nie czują jak dostaną coś takiego: http://www.cdc.gov/vaccinesafety/index.html

Szczepionki powodują uszkodzenia mózgu.

Niemal wszyscy anty-szczepionkowcy sami byli szczepieni; i kiedy słucham ich argumentów oraz widzę ich reakcje na dowody naukowe muszę się dwa razy zastanowić czy oby ich szczepionki rzeczywiście były bezpieczne.

Efekt potwierdzenia

Efekt potwierdzenia, znany także jako błąd konfirmacji, jest chyba jednym z najczęściej popełnianych błędów poznawczych przez nasze mózgi. Bardzo popularnym mitem, który pozwoli zobrazować czym jest efekt potwierdzenia, jest twierdzenie, że o pełni księżyca ludzie stają się bardziej agresywni i/lub poirytowani. [Badania naukowe wykazują brak korelacji pomiędzy fazami księżyca a ilością interwencji policji czy ilością przyjęć pacjentów na ostrym dyżurze.]

Wyobraźmy sobie zatem przykładowego Pana X, który pewnego wieczoru czuje się bardzo nieswojo, nie może zasnąć i drażni go wszystko co leci w telewizji. Taki Pan X wygląda przez okno, widzi okrągłą tarczę księżyca i myśli sobie: „No tak, nic dziwnego że nie mogę zasnąć, w końcu jest pełnia!” Kiedy zapytamy takiego Pana X „A dlaczego pomimo tego, że przedwczoraj nie było pełni, też nie mogłeś zasnąć?” Odpowie: „Bo już się zbliżała ta faza, to nie jest tak z dnia na dzień!” Kiedy zapytamy go powtórnie „A dlaczego dwa tygodnie temu też nie mogłeś zasnąć i też ciebie wszystko drażniło? Wtedy nie było pełni.” Odpowie: „Przecież wiadomo, że nie tylko księżyc może spowodować, że jesteśmy wkurzeni, albo nie możemy spać!” W tym momencie dalsza rozmowa nie ma sensu. Ale efekt potwierdzenia nie polega jedynie na zauważaniu zjawisk w które wierzymy, pomaga nam także ignorować i przeoczać sytuacje, które kwestionują nasze przekonania. Dlatego wyobraźmy sobie teraz Pana X dwa tygodnie wcześniej (lub później) kiedy to księżyc jest w nowiu. Pan X ma taki sam zły nastrój i problem z zaśnięciem, wygląda przez okno, a tam same gwiazdy. I co wtedy mówi? Że jego przekonanie a propos faz księżyca jest błędne? Nie. Mówi: „K***a! Znów się nie wyśpię do pracy!” Pozostały zatem jeszcze tylko dwa warianty do rozstrzygnięcia. Takie, w których Pan X ma się dobrze i śpi jak dziecko. Zacznijmy od nowiu; skoro śpi, to nie stoi w oknie i nawet nie może zauważyć, że paradoksalnie ta noc potwierdza jego przekonania o wpływie księżyca na jego sen. Natomiast jeżeli Pan X smacznie śpi, a za oknem jest pełnia, to nawet nie może zauważyć, że jego teoria jest błędna. Ale w takiej sytuacji to nie jest jeszcze błąd konfirmacji; prawdziwa siła efektu potwierdzenia jest w tym oto przykładzie: jest pełnia, Pan X ma się bardzo dobrze i za chwilę będzie kładł się spać; dla relaksu idzie do okna zapalić ostatniego papierosa, na niebie zauważa piękny księżyc w pełni. Co wtedy myśli sobie Pan X? Że pewnie za godzinę obudzi się cały zlany zimnym potem i przemieniony w mentalnego wilkołaka? Nie, Pomyśli: „Ale romantyczna noc…”

dSTe8

O ile na przykładzie Pana X błąd konfirmacji wydaje się być mało istotną pierdołą, o tyle należy pamiętać, że efekt potwierdzenia staje się silniejszy im bardziej jesteśmy do czegoś przywiązani emocjonalnie lub zainwestowaliśmy w to swój czas i pieniądze. Zatem nie jest to problem kiedy mama podaje nam witaminę C na przeziębienie, bo według niej to pomaga; problem jest wtedy, kiedy lekarz praktykuje coś, co według jego anegdotycznego doświadczenia działa (pomimo faktu, że literatura naukowa temu zaprzecza). Nie jest to problem kiedy znajomy gada o księżycu; natomiast jest to ogromny problem, kiedy efekt potwierdzenia ogarnia głowę twojego szefa, ekonomisty, polityka czy nawet przywódcy duchowego.

confirmation

Medycyna alternatywna nie istnieje!

Medycyna alternatywna

Medycyna alternatywna nie istnieje, ponieważ najpierw musiałaby istnieć alternatywna biologia; żeby istniała alternatywna biologia musiałaby istnieć alternatywna chemia; do istnienia alternatywnej chemii niezbędna jest alternatywna fizyka; a alternatywna fizyka wymaga alternatywnej rzeczywistości. Zatem jak nazywają się te wszystkie niepotwierdzone, nieskuteczne i nieetyczne metody rzekomego leczenia? Pseudomedycyna.

Gdyby ktoś się jednak uparł i walczył o pojęcie medycyna alternatywna to musiałby używać go do opisywania prawdziwej, współczesnej medycyny. Otóż przez millenia człowiek do radzenia sobie z różnymi dolegliwościami stosował zioła, akupunkturę, ajurwedę, upuszczał sobie krew i słuchał muzyki gongów. Dopiero niespełna 200 lat temu pojawiła się nowa, alternatywna metoda walki  z chorobami, metoda naukowa, która zanim coś uzna za skuteczne najpierw musi to zbadać, sprawdzić, porównać i potwierdzić.

Medycyna holistyczna

Pseudomedycyna jest nazywana różnie; przeważnie jest to połączenie słowa medycyna z jakimś przymiotnikiem, który zawsze użyty jest albo błędnie, albo bezsensownie. W tak zwanej „medycynie” holistycznej termin holistyczna ma znaczyć tyle co całościowa, czyli człowiek jako całość, a nie tylko jako zestaw organów i objawów. Brzmi pięknie i humanistycznie, niestety sprowadza się to tylko do tego, że kiedy idziemy do takiego hochsztaplera ten zadaje personalne pytania w stylu: „A jak się czuje mama?” „Córeczka ząbkuje?” „A jak w pracy?” „Kiedy ostatnio miałaś kłótnie z mężem?” „Czujesz się osamotniony?” To wszystko są bardzo fajne pytania, budujące bardzo fajną więź pacjenta z lekarzem i to jest coś czego niejednokrotnie brakuje w gabinecie prawdziwego lekarza, brakuje tam człowieka. Natomiast same pytania niestety nie uleczą pacjenta i nawet niekoniecznie zbliżą do diagnozy. To jest miłe, ciepłe i ludzkie ale to nie jest ani lekarstwo, ani leczenie. To prawda, że nasze samopoczucie ma wpływ na naszą kondycję i zdrowie fizyczne, ale nasze samopoczucie nie leczy nas z chorób.

Zatem taki kabotyn prowadzi z Tobą bardzo miłą konwersację na temat Twojego życia prywatnego i uważa, że skoro nie tylko sprawdził Tobie puls, ale także zapytał o zdrowie babci, w związku z tym zbadał Cię, a co za tym idzie leczy Cię całościowo. Bzdura. Żeby kogoś zbadać holistycznie nie wystarczą ckliwe small talki, do tego potrzebny jest też zaawansowany technologicznie sprzęt, laboratorium i nudne pytania medyczne. Zatem ponownie, jeżeli ktoś się uprze na termin medycyna holistyczna, powinien go stosować do opisu prawdziwej, współczesnej medycyny.

Medycyna naturalna

To jest przykład gdzie przymiotnik po słowie medycyna jest użyty bezsensownie. Naturalna czyli jaka? Czyli stosująca uran i cykutę, czy malarię i trzęsienia ziemi? Od pewnego czasu krąży mylne przekonanie, że wszystko co naturalne to zdrowe i dobre, kiedy tak naprawdę jest dokładnie na odwrót. W przyrodzie większość substancji dla człowieka jest szkodliwa.

Nie zagłębiając się dalej w idiotyczność tej nazwy, medycyna naturalna to zwyczajnie kolejny inteligentnie skrojony termin na określenie pseudomedycyny. Ale jak już ktoś się uprze na ten termin to musi wiedzieć, że koncerny farmaceutyczne (w wolnych chwilach, kiedy nie rządzą światem, nie trują nas szczepionkami, nie piorą nam mózgów psychotropami, nie przemieniają nas w mutanty za pomocą GMO i nie rozpylają neurotoksyn za pomocą chemtrails) wydają potężne sumy na ekspedycje do serca dżungli, wnętrza lodowca, na dno oceanu, a nawet w chmury, w poszukiwaniu nowych substancji leczniczych. Co więcej ponad połowa leków dostępnych w aptekach i stosowanych w szpitalach jest pochodzenia naturalnego. Czy to znaczy, że ziołolecznictwo jest prawdziwą medycyną? Nie. Ponieważ zjadanie, przykładanie czy parzenie całego liścia wraz z jego toksynami, metalami ciężkimi, z nieznaną dawką substancji czynnej oraz z brakiem wiedzy na temat skutków ubocznych oraz interakcji z innymi lekami jest niebezpieczne i niemądre.

Medycyna tradycyjna

To jest chyba jedyna nazwa, która ma jakiś sens. Patrząc z perspektywy historii medycyny to akupunktura, ajurweda, hirudoterapia i wszelkie inne antyczne/średniowieczne próby uzdrawiania ludzi można nazywać medycyną tradycyjną. Problem w tym, że te „medycyny” nie powstały w wyniku obserwacji rzeczywistości, tylko były to koncepcje filozoficzne mające więcej wspólnego z religią i przesądami niż z jakkolwiek rozumianą biologią. I o ile coś, co czerpie pomysły na uzdrawianie ludzi z czasów, kiedy nie wiedziano niemal nic na temat pochodzenia chorób, budowy i działania ludzkiego organizmu, potrafi być kawałem pięknej historii ludzkości i jej zmagań z chorobami; o tyle stosowane do leczenia jest po prostu brzydkie i głupie.

Medycyna ludowa

Nie ma sensu pisać osobnej rozprawki na temat „medycyny” ludowej, bo jest to zwykłe połączenie „medycyny” naturalnej z tradycyjną. Chociaż niektórzy rozróżniają to tak, że „medycyna” tradycyjna jest tylko azjatycka, a jej europejski lub afrykański odpowiednik to ludowa. Cokolwiek. Pseudomedycyna to pseudomedycyna — czyż tak nie jest prościej?

Medycyna niekonwencjonalna

Hę? Czyli kiedy ktoś cierpi na bezsenność to podajemy mu kofeinę, a złamania okładamy kijem? To jest bardzo niekonwencjonalne. Czy może chodzi o to, że w medycynie nie stosuje się wiedzy naukowej tylko przyjęte konwencje, a „medycyna” niekonwencjonalna to taka artystyczna awangarda? Idiotyzm tej nazwy jest jeszcze większy niż alternatywna.

Medycyna komplementarna

Łączenie medycyny z pseudomedycyną nazywa się medycyną komplementarną. To jest tak jakbyśmy w kuchni mieli dwa rodzaje noży: ostre i tępe, a wszystkie razem nazywali „Kompletny zestaw do krojenia”. Fajnie. Tylko po co nam te tępe?

Medycyna

Medycyna jest tylko jedna. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Nazywajmy pseudomedycynę pseudomedycyną.

Fast food z ulicy Wiązów

W roku 2004 zostało objawione światu mroczne proroctwo przez jednego z najwybitniejszych naukowców Morgana Spurlocka. Kim jest Morgan? Jednym z najgorszych dokumentalistów XXI wieku, autorem bezmyślnego, tandetnego i naiwnego „filmu dokumentalnego” pod tytułem Super Size Me. Tak, to ten film o kolesiu, który przez miesiąc odżywiania się w McDonaldzie niebotycznie przytył, a jego zdrowie zostało solidnie stargane — w każdym razie on tak twierdzi.

Brian Dunning w swoim  artykule Super Sized Fast Food Phobia ma bardzo ciekawe spostrzeżenie: ludzie nienawidzą korporacji i nienawidzą fast foodów, wymieszaj te dwa wątki i mamy kasowy hit w dziedzinie „filmów dokumentalnych”. Nie rozwodząc się więcej na temat kondycji współczesnego „dokumentu” przejdźmy prosto do znienawidzonych fast foodów.

Fast food ma dużo kalorii

Tak, fast food ma bardzo dużo kalorii, dlatego nazywamy go fast foodem — jedzenie, którym możemy się najeść w krótkim przedziale czasowym. To prawda, że nadmiar kalorii prowadzi do otyłości; ale nie ma to znaczenia w jakiej formie te kalorie są wprowadzane do organizmu. Jeżeli przyjmujemy nadmiar kalorii w postaci warzyw i owoców czeka nas taka sama otyłość co nadwaga spowodowana jedzeniem słodyczy. Kaloria to miara energii zmagazynowanej (w tym przypadku) w pokarmie. Jeżeli wchłaniamy więcej kalorii niż ich zużywamy to wtedy te odkładają się w postaci tłuszczu, który jest takim biologicznym odpowiednikiem baterii. Dopóki nie przejadasz się i nie przekraczasz dziennego zapotrzebowania na kalorie, nie przytyjesz (od samego jedzenia fast foodów); niezależnie od tego czy jadasz potrawy wegetariańskie, czy fast food, czy słodycze.

Pan na filmie miał chory żołądek of fast foodów

Tak, bo był wegetarianinem, który zaczął zmuszać się do jedzenia mięsa nawet wtedy kiedy był najedzony. Każdego będzie bolał żołądek, gdy drastycznie zmieni dietę i będzie zmuszał się do wpychania w siebie jedzenia już dawno będąc najedzonym.

Fast food się nie psuje, bo jest nafaszerowany chemikaliami

Fast food zachowuje się tak samo jak każda inna żywność, ponieważ to są te same produkty, które my kupujemy w sklepach. Żadna fast foodowa korporacja nie posiada swoich własnych farm czy upraw. To by im się kompletnie nie opłacało. Co wiecej dodawanie jakiś specjalnych składników, które powodują, że żywność się nie psuje byłoby durnym wydatkiem dla restauracji, które nie mają problemu z rynkiem zbytu.

Zabawne jest dowodzenie tego, że fast food się nie psuje. Przeważnie jest to seria zdjeć pokazujących to samo danie fotografowane na przestrzeni miesięcy. Oczywiście, że frytki i bułka bedą wyglądać niemal cały czas tak samo, ponieważ po tym jak już wyparuje z nich woda, to nie za wiele może się zmienić w ich wyglądzie. Na zdjęciach oczywiście brakuje „zdrowej” bułki do porównania. Nie wspominając o tym, że sam fakt tego jak jedzenie wygląda nie świadczy o tym, że jest świeże, smaczne i zdrowe. Bułka i po roku może wyglądać na „niezepsutą”, to nie znaczy jednak, że jest miękka i nadaje się do spożycia.

Fast food nie ma żadnych wartości odżywczych

Tak, ponieważ sałata jest otrzymywana z zielonej bibuły, a pomidory to barwione piłeczki ping-pongowe.

Hamburger to hamburger. Fast foodowe restauracje nie mają swoich prywatnych plantacji wyjałowionych warzyw, to są te same produkty, które kupujemy w sklepach.

Fast food to sam syf

Czyli co? Co się kryje pod słowem „syf”? Co jest szkodliwego w zwykłym hamburgerze? Tutaj ciężar dowodu spada na głosicieli tej tezy.

Wolę głodować niż jeść to świństwo!

3322410477_1f4cbc67a0_z

Jedynym problemem fast foodów jest duża ilość cukru w napojach i duża ilość soli w frytkach. Dopóki nie odżywiasz się fast foodem 3 razy dziennie, 7 dni w tygodniu, to nic Ci nie grozi. To jest zwykłe jedzenie, którego popularność nie wynika z tajemniczych substancji ukrytych w bułce czy podprogowo programujących kampanii reklamowych. Nie. To wszystko jest dużo prostsze. Fast food jest tak zwanym super-stymulantem, czyli zawiera wszystko co nasz mózg cholernie potrzebuje w wersji tak silnie wzbogaconej, że nasze ośrodki nagrody szaleją. Dostajemy dokładnie to co nam potrzeba w wersji mega. Białko dla ciała, cukier dla mózgu i sól, żeby reakcje w organizmie mogły sobie swobodnie zachodzić. To takie proste — i nie trzeba tworzyć nieistniejących technik manipulacyjnych stosowanych przez Rządy i Korporacje.

Neutrino. Kto tam? Puk puk!

Wielki Zderzacz Hadronów (Large Hadron Collider; LHC) ma przerwę do 2015 roku. Jego poprzednie „premierowe” uruchomienie zaowocowało dwoma cennymi odkryciami.

Pierwsze to, że wykryliśmy bozony, które niemal na 100% są bozonami Higgsa, co oznacza nie tylko tyle, że zaczynamy rozumieć dlaczego materia ma masę, ale także to, że wszystko co do tej pory fizyka klasyczna odkryła fizyka kwantowa potwierdza.

Drugie odkrycie wiąże się z eksperymentami, które wskazywały na to, że neutrino poruszają się szybciej niż fotony (światło). Piękno i elegancja nauki, w odróżnieniu od pseudonauki i ignorancji, polega na tym, że kiedy wyniki doświadczenia wskazywały na coś nadzwyczajnego, to żaden naukowiec nie zaczął proponować alternatywnej metody leczenia, żaden z naukowców nie wydał książki o tym jak możemy spotkać samych siebie z przyszłości, żaden naukowiec nie zaczął sprzedawać małych zderzaczy hadronów wyrównujących poziomy energetyczne bozonów twojego ciała. Nie. To czym zajęli się naukowcy to przede wszystkim poszukiwaniem, gdzie mógł wkraść się błąd pomiarowy oraz badaniem hipotez, które pozwalałyby wyjaśnić dlaczego wyniki eksperymentu były jakie były. Kiedy już powstały hipotezy proponujące wyjaśnienie dziwacznego zachowania neutrino, naukowcy skonstruowali model eksperymentu, który pomoże potwierdzić czy dane rozumienie problemu jest właściwe. Póki co błąd pomiarowy jest najsilniejszą teorią; a zaraz obok niej hipoteza, że skoro neutrino tak bardzo nie lubi wchodzić w interakcje z innymi cząstkami to możliwe, że atmosfera ziemska dla fotonów jest gęstsza niż dla neutrino, co powoduje, że rzeczywiście w warunkach jakie panują na naszej planecie neutrino poruszają się… swobodniej. Co nie znaczy, że poruszają się szybciej od światła w próżni.

Drugie odkrycie pokazało coś jeszcze – że naukowcy też mają poczucie humoru. Oto zbiórka jednych z zabawniejszych dowcipów na temat neutrino krążących po sieci.

UWAGA! Poniższe dowcipy wymagają elementarnej wiedzy na temat teorii względności, cząstek elementarnych oraz astrofizyki!

neutrinos

Barman: „Przykro mi, ale w tym lokalu nie obsługujemy neutrino”. Neutrino wchodzi do baru.

Co to znaczy mieć chłopaka neutrino? To znaczy, że ma słabe interakcje, że jak wchodzi to tego nie czujesz; i że kończy zanim ty w ogóle zaczniesz.

Aby być po drugiej stronie.
Dlaczego neutrino przechodzą przez ulice?

Neutrino i foton wchodzą razem do baru. Neutrino: „Ale tu ciemno”. 60 nanosekund później. „O foton! Fajnie, że wpadłeś!”

Hipsterzy lubili neutrino zanim się pojawiło.

Chuck Norris planuje na wczoraj konferencje prasową, gdzie będzie wyjaśniał jak to zrobił, że neutrino są takie szybkie.

Rozmawiają dwa neutrino:
-Idziesz jutro na Wielki Wybuch?
-Nieee, już to widziałem.

(3) I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stały się neutrino.

-To ja. Neutrino!
-Kto tam?
Puk puk!

Cały urok w dowcipach o neutrino szybszych od światła jest w tym, że się nigdy nie starzeją.

Post hoc ergo propter hoc

Merseyside Skeptics Society to brytyjska grupa sceptyków odpowiedzialna za zorganizowanie sympatycznej a zarazem prowokacyjne akcji The 10:23 Campaign, polegającej na tym, że 6 lutego 2011 roku w 30 różnych państwach na całym świecie różne organizacje sceptyczne manifestowały fakt, iż środki homeopatyczne nie posiadają żadnych substancji czynnych. Manifest ten polegał na tym, że o godzinie 10:23 zostały masowo „przedawkowane” produkty homeopatyczne. Setki „przedawkowań” i zero efektów ubocznych.

Dnia 6 lutego 2011 roku na rynku wrocławskim niemal cały Klub Sceptyków Polskich „przedawkował leki” homeopatyczne. Zawsze chciałem wziąć udział w tego typu prowokacji. Istne spełnienie marzeń. Jeszcze tego samego dnia, wieczorem dorwała mnie tzw. grypa żołądkowa; czułem się słaby, struty i konający. Osoby kibicujące homeopatii od razu łączą ze sobą oba zdarzenia, sceptycy czekają na pointę

Pointą jest to, że ja tego dnia nie dotarłem na tę akcję. Bardzo chciałem tam być, bardzo chciałem pobawić się w lekomana w gronie ludzi, przy których nie muszę uważać na język kiedy rozmawiam o medycynie alternatywnej.

Teraz pytanie: jak ciężko byłoby mi samemu nie łączyć tych dwóch zdarzeń – nadmiar homeopatii i grypa żołądkowa? Wydaje mi się, że byłoby to niemal niemożliwe. Zapewne szukałbym przyczyny w samych tabletkach (niektóre produkty homeopatyczne są nafaszerowane prawdziwymi substancjami leczniczymi) albo zastanawiał się nad siłą autosugestii. W każdym razie bardzo ciężko byłoby mi powiedzieć, że to czysty zbieg okoliczności – a jednak to by była jedyna właściwa odpowiedź – PRZYPADEK.

Post hoc ergo propter hoc [łać. po tym, więc wskutek tego] to błąd logiczny polegający na myleniu zjawiska korelacji z kauzacją. Tłumacząc z polskiego na polski to fakt, iż kogut pieje a potem wychodzi słońce nie oznacza, że to kogucie pianie jest sprawcą wschodów słońca. Oba zdarzenia występują jedno po drugim, ale to nie znaczy, że są ze sobą połączone. [W przykładzie z kogutem i słońcem paradoksalnie są połączone, ale przyczyna-skutek jest w drugą stronę: to wschodzące słońce powoduje, że kogutom włącza się instynkt Tarzana i budzą wszystko co ma słuch.]

Causation-1is9cfd

Z powodu, iż nasze mózgi są szablono-lubne nieustannie doszukują się zależności. To bardzo dobrze. Dzięki temu ludzie są w stanie zauważyć powiązania pomiędzy pewnymi faktami i wyciągać wnioski, które pchają ludzkość do przodu. Niestety czasami nasz wychwytywacz zależności wydaje się być hiperaktywny czego efektem jest widzenie zależności w przypadkowości. Post hoc jest błędem logicznym, który w dużej mierze przyczynia się do powstawania teorii konspiracyjnych i kolejnych pseudo-terapii w pseudo-medycynie. Wczoraj  bolała mnie głowa, upuściłem krew kogutowi nad ogniskiem, dzisiaj nie boli – czyli upuszczanie kogutom krwi leczy migreny.

tumblr_lvufz4rghW1qc6li3

Kiedy byłem bardzo mały, a na mój zdarty łokieć mamusia polewała mi jakiś płyn i bardzo piekło zrozumiałem, że kiedy coś piecze to znaczy, że się leczy. Co zrobiłem później kiedy się wywróciłem i miałem zdarte kolano? Przyłożyłem moją brudną rękę do rany w przekonaniu, że skoro piecze to znaczy, że się leczy. Miałem rację – tylko źle połączyłem fakty – skóra nie leczyła się bo przykładałem lek, tylko dlatego bo przykładałem bród.

Déjà vu

„Nie baw się na wózku inwalidzkim, bo na nim wylądujesz! Mój kolega tak się wygłupiał a potem sam miał połamane obie nogi.”

„Hitler i Stalin mieli wąsy. Wąsy przyczyniają się do robienia z mężczyzn dyktatorów.”

„Miałam czerwone stringi na maturze i zdałam. Czerwone stringi  przynoszą szczęście.” *

* Nie należy mylić pojęć „zdawać” z „zaliczać”.